Czy jest jakaś zasada, kiedy nie inwestować? Dostałam właśnie takie pytanie od jednego z moich czytelników. Przewrotne pytanie, na które dziś staram się odpowiedzieć. Tak to już w życiu jest, że czasami, żeby dojść do tego, co chcemy robić – musimy przerobić listę tego, czego nie chcemy. Będzie więc o tym, jak inwestować przez pryzmat tego, kiedy właśnie odpuścić sobie inwestowanie.  

Jako osoba, która spędziła połowę swojego zawodowego życia w ocenie ryzyka finansowego, mogłabym napisać cegłę i bardzo „techniczną” książkę o tym, jakich błędów inwestycyjnych należy unikać oraz jakie produkty (szczególnie te rynków finansowych) nie są adekwatne dla jakich typów klientów. Tylko co z tego, jeśli byłaby to pozycja nafaszerowana wieloma wykresami, specjalistycznymi zwrotami, toną prawnych ograniczeń z przeróżnych regulacji obowiązujących na rynku finansowym. Czyli wszystko to, czym zajmuje się ryzyko finansowe i kredytowe, a co jest zupełnie „niezjadliwe” dla większości z nas. Byłaby więc to bardzo niepraktyczna pozycja.

Lata pracy w ryzyku nauczyły mnie jednak tego, że najlepiej w zarządzaniu ryzykiem sprawdzają się proste, zdroworozsądkowe zasady. Takie, które są uniwersalne i stają się kompasem, który w wielu sytuacjach poprowadzi nas do bezpiecznego portu. Zasady, które nie wymagają skomplikowanych analiz. Takie, gdzie wystarczy szybki ogląd sytuacji, który pozwala podjąć dobre dla nas decyzje, nawet jeśli poruszamy się po nieznanych dla nas wodach. W tym artykule staram się właśnie przedstawić takie zdroworozsądkowe zasady, kiedy według mnie nie należy zaczynać „zabawy” z inwestowaniem. To znaczy – można zaczynać, jak już się z tymi punktami uporasz.

Nim jednak przejdę do opisu zasad, to jeszcze jedna sprawa…

Co jest dla mnie oszczędzaniem, a co już inwestycją?  

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Oszczędzać warto i opłaca się zawsze. Skarpeta czy materac też jest rozwiązaniem, ale wtedy musisz liczyć się z utratą wartości swoich pieniędzy. W instytucjach finansowych znajdziesz produkty oszczędnościowe typu lokaty. Dają Ci one gwarancję wypłaty Twojego kapitału (myślę o tych z gwarancjami BFG) i niewielkich odsetek (które czasami wystarczą na pokrycie całej inflacji, innym razem nie wystarczą nawet na inflację). Dlatego lokaty, nawet te o bardzo niskim oprocentowaniu, są często lepszym rozwiązaniem niż przysłowiowa skarpeta. Więcej o tym, jak wybrać najlepszą dla siebie lokatę bankową przeczytasz w moim wcześniejszym artykule , więc nie będę się tu skupiać na tych produktach. Wszystko w lokatach jest proste. Wpłacasz kwotę X i masz gwarancję wypłaty kapitału z odsetkami, na jakie się z góry umówiliście.

Inwestowanie wiąże się już z ponoszeniem ryzyka. Ryzyka utraty premii, ale także często ryzyka utraty kapitału, jaki wkładasz. Środki, które wpłacasz, nie są objęte gwarancjami BFG (albo Skarbu Państwa, które jeśli chodzi o Polskę, są uważane za bezpieczne). Zyski też są niepewne. Oczywiście na podstawie różnych modeli, analiz możesz starać się przewidywać, na ile zyskowna będzie dana inwestycja, ale są to tylko przewidywania, a nie „pewny, wypłacany zysk”.

Co do zasady więc pojawia się ryzyko inwestycyjne, czyli ryzyko, że zrealizowana stopa zwrotu z inwestycji może różnić się od stopy zwrotu oczekiwanej przez inwestora z uwagi na czynniki losowe, np. wahania cen papierów wartościowych, zmiany kursów walut, zmiany na danym rynku (np. cen wynajmu nieruchomości, cen sprzedaży nieruchomości itp.).

Według mnie najprościej inwestycję od oszczędności można odróżnić, zadając sobie w naszych polskich warunkach, 2 podstawowe pytania:

  1. Czy mój cały wpłacony kapitał posiada 100% gwarancję Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (także Skarbu Państwa lub Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego).

 i (ważne jest to „i” – bo jest to warunek łączny!)

  1. Czy mam gwarancję, że mój zysk z inwestycji będzie taki sam jak ten oczekiwany zysk, na jaki się umawiamy?

Jeśli na oba pytania mamy odpowiedź twierdzącą, to według mnie, tylko wtedy mamy do czynienia z bezpiecznym produktem o charakterze oszczędnościowym.

Wszelkie inne produkty mają już charakter inwestycyjny. Mogą być bezpieczniejsze (na przykład posiadają jakąś formę gwarancji kapitału, a niewiadoma dotyczy wygenerowanych zysków), bądź bardziej ryzykowne – takie w których Twoja strata może pochłonąć kapitał ( a czasami, jeśli wykorzystujesz mechanizm „dźwigni finansowej”, zwanej też „lewarem” może wiązać się z nieograniczoną stratą i przyjdzie Ci jeszcze dopłacać pieniądze na pokrycie poniesionych strat).

To jak? Brzmi to dla Ciebie jasno i sensownie? Gratulacje, bo właśnie w prosty sposób opanowałeś bądź opanowałeś definicję ryzyka inwestycyjnego. Już wiesz, jak poznać, kiedy oszczędzasz, a kiedy już inwestujesz.

Oszczędzanie jest dla każdego. Inwestowanie jest dla wielu, ale nie dla każdego.

To teraz przechodzimy do prostych, zdroworozsądkowych (aczkolwiek moich, subiektywnych) zasad tego…

Kiedy nie inwestować?

Nie zaczynasz inwestować, kiedy jesteś….

1. Zapakowana / zapakowany w długi konsumpcyjne.

Oprocentowane kredyty, pożyczki, chwilówki czy nawet niespłacane zadłużenie na kartach kredytowych – to wszystko znacznie bardziej „zjada” Twoje wypracowane pieniądze i zyski niż niejedna inwestycja kapitałowa. Nim zaczniesz myśleć o inwestycjach kapitałowych, pozbądź się kosztownych i niepotrzebnych długów.

Oczywiście pokusa wygenerowania większego zysku na zainwestowanym kapitale, dzięki któremu szybciej spłacasz swoje kredyty, jest bardzo wielka. W praktyce jednak udaje się to niewielu. Dlaczego? Dlatego, że zadłużanie się na konsumpcję jest wysoko oprocentowane i szczególnie na dzisiejszym rynku kapitałowym czy inwestycyjnym jest trudno, szczególnie nie mając doświadczenia wygenerować jeszcze wyższe zyski. W inwestycjach wyższe zyski oznaczają na ogół wyższe ryzyko, a więc i możliwość utraty kapitału, jaki wkładasz w całe przedsięwzięcie. Czy naprawdę stać Cię na ponoszenie wysokiego ryzyka inwestycyjnego, kiedy jeszcze tkwisz po uszy w długach na konsumpcję? Nie wydaje mi się. Spłać najpierw drogie długi, Twój portfel Ci podziękuję.

… a jeśli świerzbi Cię strasznie, żeby rzucić się jednak w wir inwestycyjny, to zbuduj swój plan, a czas spłacania długów przeznacz na przykład na naukę inwestowania. Kiedy przyjdzie właściwy moment, będziesz lepiej przygotowana lub przygotowany.

2. Nie masz funduszu bezpieczeństwa.

Uwielbiam, kiedy dostaję maile i zapytania w rodzaju „właśnie udało mi się odłożyć trochę gotówki. W co mam zainwestować, żeby zarobić na tych pieniądzach jak najwięcej”. Pierwszym pytaniem, jakie wtedy zadaję, jest: Jeśli dziś przestajesz pracować, to ile czasu przeżyjesz ze swoich oszczędności?… i tu najczęściej okazuje się, że ta odłożona większa suma, to są właśnie jedyne oszczędności.

Jeśli chodzi o oszczędzanie, to najpierw zabezpieczamy sobie „przeżycie” na przynajmniej 6 do 12 miesięcy. W pierwszym kroku budujemy własny fundusz bezpieczeństwa. … i to niestety Ty samodzielnie musisz sobie wyznaczyć ten horyzont czasowy. To Ty najlepiej wiesz jaki okres, w którym nie musisz się martwić o pieniądze i ich zarabianie daje Ci takie poczucie bezpieczeństwa.

Fundusz bezpieczeństwa – jak sama nazwa zresztą wskazuje – trzymasz na bezpiecznych produktach o charakterze oszczędnościowym. Takich, które zapewnią Ci rzeczywistą (a nie tylko na papierze) ochronę kapitału, takich gdzie masz łatwy i szybki dostęp do gotówki (jeśli jednak przyjdzie Ci sięgnąć po te pieniądze). Nie ma się co czarować, że szczególnie teraz, jeśli chodzi o zarobki, szału tu nie będzie. Oprocentowanie oscyluje tu na ogół w okolicach bazowej stopy procentowej, która na dzień dzisiejszy jest na historycznie niskim poziomie. Celem tego funduszu jest zapewnienie bezpieczeństwa Tobie i Twoim bliskim, a nie „niebotyczne” obracanie, ryzykowanie i zarabianie na tych pieniądzach.

Pamiętaj – inwestujesz i ryzykujesz dopiero swoje nadwyżki oszczędnościowe. 

… a teraz muszę Ci się do czegoś przyznać ;-). Zaczęłam inwestować swoje zarobione pieniądze na długo przed tym, jak miałam odłożoną jakąś większą gotówkę na „przeżycie”! Jest tu jednak pewne „ale”, bo było to w czasach, kiedy jeszcze się uczyłam i spokojnie mogłam wrócić na garnuszek do Mamusi, jeśli coś poszłoby nie tak. Nie miałam własnej rodziny, dziecka, jakiś stałych kosztów utrzymania. To, co zarobiłam – mogłam przeznaczać na własne przyjemności i na tych pieniądzach zdobywać pierwsze doświadczenia inwestycyjne. Taki czas to dobry moment na eksperymentowanie, testowanie i naukę.

Jeśli jednak masz dom, rodzinę na utrzymaniu … nie mówiąc już o jakimś kredycie, to ta droga nie jest według mnie dla Ciebie, bo nie mając do tego doświadczenia w inwestowaniu, możesz łatwo wylądować na minie, jeśli nie na całym polu minowym 😉 .

3. Nie masz przemyślanego, swojego profilu inwestycyjnego.

Dobry dla Ciebie produkt inwestycyjny to przede wszystkim taki, który jest dobrany do Twojego apetytu na ryzyko. Odzwierciedla on nie tylko Twoją skłonność do podejmowania ryzyka, ale także określa Twoje osobiste możliwości finansowe. Zamiast patrzeć na starcie na to „ile mogę zarobić” na danej inwestycji, skup się na tym, ile stresu i utraty swoich pieniędzy możesz znieść. Robiąc swój profil inwestycyjny, ustalisz jaką część swoich aktywów powinnaś lub powinieneś zainwestować bezpiecznie, a jaką bardziej agresywnie i ryzykownie, ile środków potrzebujesz trzymać w płynnych aktywach, a ile możesz inwestować na dłuższy horyzont czasowy. Więcej o tym, jak zrobić swój profil inwestycyjny przeczytasz w artykule „Twój profil inwestycyjny, czyli od czego zacząć inwestowanie”

Najwięcej problemów i późniejszych żalów dotyczących strat na inwestycjach pochodzi właśnie z tak zwanego „missellingu”, czyli sprzedaży produktów nieadekwatnych dla danego klienta. Dobry doradca finansowy pomoże Ci taki profil stworzyć (na dziś jest on wymogiem prawnym, jeśli inwestujesz w instytucjach finansowych), jednak nie zostawiaj tej roboty doradcy. To Twoje pieniądze będą na szali. … a doradcy w Polsce w 99% są wynagradzani za to, że sprzedadzą Ci dany produkt, a nie za to ile na nim zarobisz.

Z takiego profilu inwestycyjnego może się też okazać, że tak zwany rynek kapitałowy: giełdy, fundusze, indeksy wcale nie są dla Ciebie. Być może na przykład inwestycje alternatywne w nieruchomości będą lepiej dostosowane pod Twoje potrzeby. Po co masz wtedy spędzać czas i energię zdobywając wiedzę i doświadczenia o niewłaściwych produktach. Pamiętaj – Twoje pieniądze, Twoja odpowiedzialność, Twoje decyzje. Zrób szczerze i sumiennie swój profil inwestycyjny, a wiele decyzji będzie łatwiejszych. Nauczysz się szybko mówić „nie” i skupiać na tym, co jest dla Ciebie ważne.

4. Nie masz doświadczenia z prostszymi formami inwestowania o umiarkowanym profilu ryzyka.

Chcąc inwestować w nieruchomości, nie rzucasz się od razu na budowanie całego osiedla mieszkaniowego czy centrum handlowego. Zaczynasz od kupienia jednego mieszkania lub budowy jednego domu. Zdobywasz doświadczenie i dopiero potem poszerzasz swoje spektrum działania. Dlaczego nie miałabyś lub miałbyś działać podobnie na rynku kapitałowym?

Zapoznanie się z prostszymi w swojej konstrukcji produktami inwestycyjnymi pozwoli Ci płynnie wejść w świat finansjery. Poznasz podstawowe pojęcia, nauczysz się czytać dokumentacje, przestaną Cię przerażać różne wykresy, poznasz mechanizmy rządzące danym produktem czy rynkiem. Zaczniesz nabywać pozytywnej inwestycyjnej pewności siebie.

5. Dany produkt / inwestycja Cię nie kręci.

Tak jak pasja jest ważna w życiu prywatnym czy pracy, tak samo w przypadku inwestycji. Jeśli to w co inwestujesz, będzie dodatkowo Cię kręcić, sprawiać przyjemność, to chętniej będziesz ten temat zgłębiać. Nim się obejrzysz, staniesz się ekspertką lub ekspertem od danego produktu czy rynku. Połączenie zarabiania pieniędzy z przyjemnością daje dodatkowe, pozytywne efekty. Znajdziesz czas i chęci na zajmowanie się swoimi inwestycjami. Będziesz chętniej pilnować „swoich jajek w koszyczku”. Brak wiedzy i niechęć do danego produktu na ogół mszczą się kiepskimi wynikami. Chcesz być dobrą inwestorką czy inwestorem – wkładaj serce, rozum, czas i energie w to, co robisz. Wtedy nawet z pozoru żmudne analizy staną się dla Ciebie bardzo ekscytujące.

6. Nie masz pieniędzy na „wtopę”.  

Nauka inwestowania oznacza próbowanie, testowanie, sprawdzanie. Tak jak w wielu dziedzinach także i tu będziesz uczyć się na błędach. W przypadku inwestycji, szczególnie tych o wyższym profilu ryzyka błędy oznaczają straty. Straty Twoich pieniędzy. Na rynku kapitałowym tak już jest, że na części transakcji zyskujesz, na części tracisz. Najważniejsze jest to, aby to suma wszystkich transakcji w twoim portfelu inwestycyjnym wychodziła „na plus”. Jak wchodzisz w aktywniejsze i bardziej ryzykowne rynki, to zawsze może wydarzyć się coś nieprzewidzianego. Coś, czego zwyczajnie nie dało się przewidzieć, albo prawdopodobieństwo wystąpienia takiego zdarzenia było na tyle niskie, że nikt nie brał go pod uwagę (na przykład płonie fabryka, w której akcje właśnie zainwestowałaś lub zainwestowałeś).

Inwestując, chociażby w nieruchomości, może się okazać, że z jakichś przyczyn Twoja nieruchomość właśnie zaczęła tracić na wartości. Przykład – proszę bardzo! Kupiłaś albo kupiłeś lokal usługowy na wynajem, ale właśnie do remontu na 2 lata rozkopali dojazdy do tego lokalu. Masz mieszkanie do wynajmu, a właśnie naprzeciwko zaczęła się wielka budowa, która potrwa przynajmniej rok. Po takim doświadczeniu kolejny raz sprawdzisz dokładnie w gminie czy w urzędzie miasta, jakie mają plany co do remontów w okolicy…, ale na dziś musisz się liczyć, że do tej konkretnej inwestycji przyjdzie Ci dokładać.

Tak działa rynek większości inwestycji. Ryzyko jest zawsze i trzeba liczyć się ze stratami. Stratami okresowymi, przejściowymi, ale też tym, że zamykasz daną inwestycję ze stratą. Nie poszła ta, może pójdzie następna. Kasę na pokrycie strat trzeba wyjąć z kieszeni.

7. Nie masz czasu na zajmowanie się inwestycją.

To chyba najbardziej subiektywny punkt z tej listy. Według mnie jednak każdej inwestycji trzeba poświęcać czas. To prawda – niektórym więcej, niektórym mniej. Jednak wkładając pieniądze w daną inwestycję, liczysz na jakąś stopę zwrotu. Warto więc znaleźć czas, żeby monitorować czy dana inwestycja spełnia Twoje oczekiwania. Czy zarabiasz tyle, ile oczekiwałaś czy oczekiwałeś, czy jeszcze w ogóle zarabiasz na tej inwestycji. Patrzeć jakie ponosisz koszty – czy przypadkiem nie zjadają one całego zysku z Twojej inwestycji. Obserwować, jak zachowuje się rynek danych inwestycji, wybiegać w przód jak może się on zmieniać. Oceniać czy te zmiany będą pozytywnie, czy negatywnie wpływały w przyszłości na Twoje inwestycje. Robisz to wszystko po to, aby we właściwym momencie zrealizować zyski lub ograniczyć ponoszone straty.

Oczywiście powiesz, że po to są doradcy, albo agencje zajmujące się nieruchomościami. Tylko mój podstawowy problem z większością doradców finansowych (nie mylić z inwestycyjnymi) jest taki, że nie zarabiają oni na tym, ile zarabiasz Ty na danej inwestycji. Zarabiają na sprzedaniu Ci danego produktu. Z agencjami od nieruchomości łatwiej umówić się na procent od wygenerowanego dochodu, tu jednak musisz mieć pewność, że agencja przede wszystkim reprezentuje Twoje interesy, a nie interesy kupującego czy wynajmującego.

Czas na inwestycje to także czas na ciągłą naukę, doszkalanie się, poszerzanie swojej wiedzy i horyzontów. Każdy rynek się zmienia. Przepisy i regulacje się zmieniają. Chcąc sobie zapewnić stałe zyski z danych typów inwestycji, zwyczajnie potrzebujesz znaleźć czas także na ciągłe doszkalanie się. Jak widzisz, nawet jeśli sporo zadań operacyjnych związanych z daną inwestycją wydelegujesz, to jednak są sprawy, którymi musisz zająć się samodzielnie.


Moje recepta na to, kiedy podejść do inwestowania jest więc prosta. Spłać drogie długi, zbuduj swój fundusz bezpieczeństwa i inwestuj nadwyżki. Nim dokonasz zakupu jakiegoś konkretnego produktu – zbuduj swój profil inwestycyjny (i profil ryzyka) i na tej bazie buduj swój portfel inwestycji. Zacznij od prostszych produktów o umiarkowanym ryzyku, żeby poznać mechanizmy i zasady. Wybierz coś, co Cię kręci, w co polubisz inwestować, bo wtedy znajdziesz czas na zajmowanie się tą inwestycją, a także czas na ciągłą naukę i doszkalanie. Pamiętaj, że inwestowanie niesie za sobą ryzyko i miej środki finansowe na „wpadki”, bo takie zalicza każdy aktywny inwestor.

Jak podoba Ci się ta lista „kiedy nie inwestować”? Chcesz coś do niej dorzucić? A może coś Cię szczególnie poruszyło lub zastanowiło?

Jeśli tak – to koniecznie daj znać w komentarzu.


Masz Talent Kasia IwanoskaPolub moją stronę Finanse od Kuchni – Kasia Iwanoska na Facebooku

Jeśli podobał Ci się ten artykuł udostępnij go proszę swoim znajomym, zostaw „lajka” lub komentarz, a  będę wiedziała, że moja praca ma sens. Dla mnie taki Twój gest to ogromna motywacja do dalszej pracy!
IMG_0280

 

 

NIEB_BANER koniec post-okrag